Powolne ciułanie czy skok na główkę w GPW? - plany na 2011


W poprzednim podsumowaniu rozprawiłem się z ubiegłym rokiem.

Teraz czas na 2011.

To rok, w którym planuję dużo zmian. Niestety całkowicie sprzeciwiam się w ten sposób zasadzie „nie wszystko na raz”. Świadomie.

Bo jak nie teraz, to kiedy?

Z doświadczenia wiem, że pewnie nigdy :).

Niektóre zmiany są zresztą całkiem przyjemne, choćby nadrabianie zaległości w dbaniu o styl życia.

Priorytety finansowe


Podczas gdy w 2010 oszczędzałem praktycznie „za wszelką cenę”, to teraz czas rozluźnić dyscyplinę (bo ile można?) i zwolnić tempo. Co nie znaczy, że nie będzie ambitnie (bo będzie), albo że w ogóle zarzucam swój finansowy światopogląd (bo nadal trzyma się mocno).

Ale pewne przetasowanie w hierarchii następuje.

1. Wkład własny na mieszkanie
Własne mieszkanie to będzie mój największy wydatek życia. Przy obecnych cenach, które nawet w „kryzysie” nie chcą zejść do rozsądnego poziomu, jedynym dostępnym dla mnie źródłem finansowania będzie kredyt hipoteczny.

Znam już w przybliżeniu kwotę, wiem też, że najbardziej odpowiadałby mi kredyt z ratami malejącymi na 20-25 lat (i tak strasznie długo). Być może w programie „Rodzina na swoim”, którego losy się teraz ważą. Zobaczymy jak będzie.

No i oczywiście z wkładem własnym.

Obecnie najrozsądniejszym poziomem wydaje się 20% wkładu własnego. Wtedy odpada ubezpieczenie niskiego wkładu. Można też liczyć na obniżkę oprocentowania/prowizji. W ten właśnie pułap celuję.

Dodatkowo przyda się jeszcze kilka(naście) tysięcy na różne wydatki „na dzień dobry” związane z zakupem mieszkania i kredytem.

Sprawa na pewno nie jest do ogarnięcia w rok, ale mam nadzieję, że do trzydziestki się wyrobię.

2. Styl życia i przyjemności
Że co? Styl życia przed oszczędnościami – co to za nonsens?

„Najpierw płać sobie” – ale w trochę wypaczonej formie.

Małe usprawiedliwienie – na zachcianki nie wydam więcej niż na oszczędności. Natomiast w pierwszej kolejności będę dążył do satysfakcji w tym rejonie :). A wiele mi nie trzeba (choć daleko mi do minimalizmu).

Planuję kilka większych wydatków, z którymi noszę się już od wielu miesięcy. W tym roku wreszcie przyszła pora na ich realizację.

Ustaliłem sobie na to rozsądny budżet, więc będzie dobrze.

Wybaczcie ogólniki, ale jakoś tak mam, że na blogu łatwiej jest mi się dzielić informacjami o inwestycjach i oszczędnościach, niż o jakichś prywatnych dyrdymałach.

Przejdźmy więc do ciekawszych rzeczy.

3. Oszczędności i inwestycje
Tutaj zdecydowanie wrzucam niższy bieg. Z drugiej strony – najwyższy priorytet edukacyjny.

Koniec z teoretyzowaniem, rysowaniem kresek na wykresach i wyobrażaniu sobie, co by było gdybym kupił w tym momencie, a sprzedał w tamtym…

Czas na prawdziwe decyzje i realne pieniądze.

I to jest najlepsza wiadomość dla Was i dla tego bloga, bo potencjał rozrywkowy Metafinansów na pewno na tym zyska :).

Zaczyna się nieźle, bo już na początku stycznia zdążyłem kupić ETF na WIG 20 – zdaje się, że na górce. Oj, będzie ciekawie!

4. Fundusz awaryjny
Obecnie mam środki na trzy miesiące życia bez dochodu i taki poziom mnie zadowala.

Dlatego też ustalam tutaj najniższy priorytet – 100 zł miesięcznie wystarczy. Niech sobie rośnie bez stresu.

Cele


No dobrze, a teraz konkrety, kwoty, procenty, złotówki…

Plan jest taki, aby moja sytuacja finansowa na koniec 2011 wyglądała tak:

Wkład własny na poziomie 13%
Byłby to wzrost o 5 punktów procentowych. To najtrudniejszy do spełnienia cel, nie tylko finansowo, ale też psychologicznie. Odkładanie co miesiąc sporej części wypłaty, tylko po to by za kilka lat wszystko to wsiąkło w kawałek podłogi.

Posag dla banku, z którym czeka mnie związek na długie lata.

Swoją drogą – macie jakieś propozycje na to, co zrobić z oszczędnościami, które potrzebne będą najwcześniej za 2-3 lata, ale raczej nie lubią ryzyka? Lokaty, fundusze pieniężne?

Portfel inwestycyjny o wartości 14 000 zł
Bardzo zachowawczo. Zakładam utrzymanie obecnego poziomu wpłat, a do tego uwzględniam wpływy z AdSense (już w styczniu dostanę pierwszy przelew, który w całości zasili fundusz bloga), oraz bardzo skromny zysk – 0,5% miesięcznie. Czyli tak naprawdę na poziomie dobrej lokaty.

Co tak słabo?

Biorę pod uwagę, że będę tracił. Oby mało, ale pewnie często. Wszystko przez to, że w końcu zamierzam odważniej wejść na GPW i zyskać więcej doświadczenia w inwestowaniu w akcje.

A może po drodze pojawi się jeszcze jakaś obligacja? Kto wie!

Zdaję sobie sprawę, że to doświadczenie będzie okupione stratami.

Na koniec 2011 roku planuję, że z całego portfela inwestycyjnego:
  • 9 000 zł będzie zaangażowane w polski rynek kapitałowy, bezpośrednio w akcje, lub pośrednio poprzez fundusze
  • 2 500 zł pozostanie częścią bezpieczną, odłożoną na lokatach i kontach oszczędnościowych
  • 2 500 zł zainwestuję w „zagranicę” – w waluty lub w fundusze inwestujące poza Polską
Tak wygląda mój rozsądny plan na rok 2011. Zachowawczo i spokojnie. Bez stresu i wielkich wyrzeczeń.

Niespodziewany zwrot akcji


Ale po głowie chodzi mi też plan bardziej szalony i odważny.

W skrócie wygląda on tak:
  1. Porzucić / odłożyć plany o szybkim zakupie własnego mieszkania, bo to mrzonka i na dobrą sprawę nie wiadomo czy to w ogóle dobra decyzja. Mam jakieś irracjonalne przekonanie, że jestem ostatnią osobą w kraju, która wynajmuje (i na tym traci) - wszyscy pozostali już są dawno na swoim. I trzeba jak najszybciej do nich dołączyć. Bzdura!
  2. Już teraz przerzucić 10 000 zł z funduszu „mieszkalnego” do portfela inwestycyjnego i zacząć inwestować „na poważnie” praktycznie od zaraz.
  3. Po wynikach portfela za pierwsze pół roku zadecydować co dalej. Jeżeli nie będzie żadnej katastrofy, to utrzymam tę strategię. A jak stracę wszystko, to potulnie wrócę do zachowawczego podejścia. Cały proces będziecie mogli śledzić tutaj.
Masterplan.

No i teraz zagadka: co robić?
(Nie będę robił żadnej bezsensownej ankiety - jak macie jakieś propozycje, to zapraszam do komentowania i na ekskluzywną stronę dla najwierniejszych fanów)

Autorem ilustracji jest Jonas B

opublikowano 17 stycznia 2011

Jeśli podobał Ci się ten wpis to:




Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

14 komentarz(y):

W Kreciej Norze pisze...

Nie widzę żadnego sensu w wyrzuceniu prawie całych oszczędności we wkład własny. Weź pod uwagę takie kwestie:
1. mając mieszkanie twój fundusz awaryjny musi się powiększyć (jakakolwiek poważniejsza awaria w domu może cię pozbawić obecnego w całości)
2. przy kupnie mieszkania występuje wiele innych kosztów niż wkład własny i wydatki zaczynają się od kilkuset złotych do nawet kilkudziesięciu tysięcy
3. następna dziura bez dna - urządzenie i doprowadzenie do stanu używalności zakupionego mieszkania to zazwyczaj lista wydatków, których nikt nie przewidzi póki nie będzie znał i mieszkał w danej nieruchomości. Sama weszłam na mieszkanie "gotowe", a i tak wydałam grube tysiące na 'drobne' poprawki i naprawy...

Wyzerowanie oszczędności na zakup lokum to najbardziej demotywująca czynność jaką poznałam w moim życiu finansowym ;) i to dokonana na własne życzenie... ;( Znam też to uczucie że wszyscy wokół są na swoim, ja się niczego nie dorobiłam, w dodatku przepłacam właścicielowi mieszkania i na tym tracę, etc. Ciężko było zwalczyć, nie wiem czy jest jakaś uniwersalna recepta na to... każdy marzy o własnym kącie. I pewnie doradza jak może, ale pamiętaj że to decyzja która owocuje na lata, na przyszłość której nie znasz i tylko ty poniesiesz konsekwencje - nie doradcy :)

Krzysztof pisze...

No właśnie nie bardzo sobie wyobrażam tego wyzerowania oszczędności na mieszkanie. Zbierasz latami, wychodzi tego kilkadziesiąt tysięcy, przychodzi moment zakupu - i nagle zero. A w bonusie jeszcze cały szereg dodatkowych wydatków.

A może po prostu za bardzo przywiązuję się do pieniędzy?

Naokoło Wieży pisze...

Jak dostaniesz we frankach, to - mając głowę na karku - dasz radę, czy to z wkładem, czy bez. IMHO z wkładem własnym lepiej, przynajmniej nie będziesz spłacał kredytu z emerytury czy renty.

A z Masterplanów - to tylko ta płyta Oasis pod tym tytułem jest fajna. Twój plan w ogóle mi się nie podoba. Nie skakałbym w tym momencie na główkę przy tak płytkim rynku.

Krzysztof pisze...

Żeby dostać kredyt we frankach to chyba musiałbym zarabiać kilka razy tyle co teraz. Niektóre banki mają naprawdę chore wymagania (Deutsche Bank - 12 tys. netto). W innych bez 20% wkładu własnego nie ma czego szukać (BPH).

Obecnie najbardziej rozważam PLN w RnS, o ile wersja dla singli przejdzie.

Co masz na myśli przez płytki rynek?

Naokoło Wieży pisze...

Mówiąc płytki, mam na myśli podatny na ataki paniki, albo przynajmniej na dłuższą czkawkę. Czy góra, czy dół, może ktoś głośniej krzyknąć (przynajmniej na polskim podwórku) i jedziemy - kwestią przypadku w którą stronę.

Ja zamiast krzyczeć w tym momencie teraz Polska, krzyknąłbym teraz zagranica. I byłbym przygotowany na zabranie swoich zabawek w razie zwałki.

PS. Deutsche Bank = Deutsche Wymagania

Krzysztof pisze...

Chyba nie wykluczasz całkowicie inwestowania na polskim rynku?

Na razie obieram GPW jako swój podstawowy cel, a zagraniczne inwestycje dobiorę tylko po to, by zdywersyfikować portfel. Bo rzeczywiście najbezpieczniej jest inwestować na różnych rynkach. Ale to najwyżej 20% portfela.

W Kreciej Norze pisze...

"A może po prostu za bardzo przywiązuję się do pieniędzy?"

Nie. To raczej głos rozsądku wołający gdzieś w tle ;)
Zamiana kilkudziesięciu tysięcy oszczędności na kilkaset tysięcy złotych długu nie trąci mi przywiązaniem do pieniędzy, wręcz przeciwnie.
Nie znaczy to, że odradzam kategorycznie nieruchomości - po prostu mierz siły na zamiary.

grapkulec pisze...

jeśli Ty jesteś ostatnim w kraju "bezdomnym" to ja jestem ostatnim kawalerem, moja dziewczyna ostatnią panną, a razem jesteśmy ostatnimi, którzy nie mają dziecka. wszyscy tylko w kółko "kiedy ślub, kiedy dziecko?", czy to impreza andrzejkowa, czy czyjeś urodziny, ciągle tylko presja ze strony matek polek na moją młodą. bo nie ma innej drogi życiowej tylko rodzenie kolejnych bachorów, status społeczny mierzy się wydolnością macicy. a jak już towarzystwo się dowiedziało o wyjeździe i o sprzedaży mieszkania to o mało co nas nie zlinczowali bo przecież "mieszkanie to jest najważniejsza rzecz w życiu!". to autentyczna wypowiedź jednej z koleżanek, która notabene ma mieszkanie na kredyt na jakieś 400 tys. drugie tyle utopiła w funduszach podczas zjazdu i koniecznie musi mieć drugie dziecko bo inne koleżanki już mają po dwa lub więcej!

Krzysztofie, cokolwiek robisz rób według swojego zdania i wyczucia sytuacji. chcesz to bierz kredyt, chcesz to odkładaj na wkład własny, chcesz to inwestuj. ważne żebyś robił to co Ty uważasz za słuszne, a nie to co wypada lub co ktoś próbuje ci wcisnąć "bo tak ci będzie lepiej".

Krzysztof pisze...

@W Kreciej Norze
Mierzenie sił na zamiary - o to właśnie chodzi. Pewnie jak sobie wszystko ponownie policzę i jeszcze bardziej "urealnię" zakładane kwoty, to pewnie wyjdzie na to, że na mieszkanie będzie mnie stać za 10 lat.

Ale czy to źle?

@grapkulec
Konformizm naszym wspólnym wrogiem :).

Bylebym tylko miał pewność, że na tym swoim własnym wyczuciu mogę polegać, bo to przecież różnie bywa ;).

Ale pułapki "skoro wszyscy tak robią, to musi być to słuszne" faktycznie lepiej unikać.

W Kreciej Norze pisze...

@Krzysztof,
wcale nie źle. Mierz siły na zamiary, bo to twoje życie i żaden z doradzających nie poniesie konsekwencji decyzji, tylko ty ;)

@grapkulec
współczuję. ja od pewnych "w dobrej wierze rad", odcięłam się przeprowadzką i kończeniem rozmów na pewne tematy, w końcu przywykli :D odległość pomaga - na emigracji będziecie wysłuchiwać tego mniej, mniej będzie też okazji by inni wściubiali nosa do waszego życia.

Anonimowy pisze...

polecam dodawanie takich informacji na beststock.pl, aby inni widzieli

Sokomaniak pisze...

Ja też jestem ostatnim, który wynajmuje... Ale to najlepsza rzecz bo jakbym kupił mieszkanie (w UK) rok czy 2 lata temu to teraz byłbym po uszy w ..... kredycie.

Fakt że wynajmuję pozwolił mi się już przeprowadzić 7 razy. Czasami do lepszego lokum, 3 razy za lepszą pracą. Własne mieszkanie byłoby tylko kamieniem u szyi - siedziałbym na jakimś etacie i trząsł portkami przed szefem, cieszył się jak starczy na spłatę raty. A tak jestem wolny i niezależny.

Ale rozumiem Twój problem bo moja Lepsza Połowa też chce "być na swoim". Na szczęście to ja jestem strażnikiem naszego rodzinnego skarbca.

Do odważnych świat należy. Aczkolwiek wg mnie nie osiągnęliśmy dna w cenie nieruchomości. W Polsce była tylko lekka korekta i bańka cały czas jest podtrzymywana przez RnS. Ja sam jeszcze się wstrzymuję z jakimikolwiek ruchami w kierunku zakupu i kumuluję gotówkę.

Krzysztof pisze...

Zobaczymy jak się dziś rozwinie sytuacja z RnS. W sumie to dla mnie oba wyniki mogłyby być korzystne:

1. Ostro przycinają limity, RnS tylko dla rodzin i na nowe mieszkania - możliwy spadek cen
2. RnS dla singli - dopłaty do kredytu fajna rzecz

A i podobno cały program mają wycofać do 2013, więc pewnie tyle czasu mam na podjęcie decyzji: wynajem czy kupno.

Póki co chyba jednak wygrywa wynajem.

Krzysztof pisze...

No i jest decyzja Rządu w sprawie Rodziny na Swoim...

Ciekawe jaki wpływ na ceny będą miały te ograniczenia.

Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

Prześlij komentarz

Podobne wpisy