Czy da się żyć bez kredytu?


Da się, ale to nie jest styl życia dla każdego.

Na pewno nie dla osób z liczną rodziną, które potrzebują “swojego”, stałego miejsca na Ziemii.

Pewnie też nie dla osób, które mają stałą pracę i są przekonane, że w przyszłości będą zarabiać tyle samo, lub więcej.

Być może nie dla tych, którzy mieszkają daleko za miastem i muszą codziennie dojeżdzać do pracy, po drodze podwożąc dzieci do szkoły.

Studenci, którzy korzystają i zarabiają na kredycie studenckim, pewnie też byliby sceptyczni wobec tego pomysłu. I przedsiebiorcy, którzy potrzebują kredytów na inwestycje.

--

Są ludzie, którym kredyt (głównie ten hipoteczny) dobrze wpisuje się w styl życia. W średnio- lub długoterminowy plan finansowy. I bardzo fajnie.

Ale są też osoby, które mogą sobie doskonale poradzić bez kredytów.

To nawet nie jest jakoś specjalnie odległe od przjętych standardów. Chociaż dla tych, którzy przyjęli, że kredyt jest wręcz niezbędny do życia, może to być trochę szokujące.

Tymczasem, biorąc pod uwagę dzisiejsze realia, wiązanie się kredytem nie jest najrozsądniejszą opcją.

Oczywiście, piszę z własnego punktu widzenia. Nie mam rodziny na utrzymaniu, nie muszę odwozić dzieci do przedszkola. Za to bardzo cenię sobie mobilność (rozumianą jako np. możliwość wynajęcia sobie mieszkania w odległości 15 minut spaceru od miejsca pracy).

Kredyt konsumpcyjny, to już kompletna głupota. Osoba, której nie stać na nowy telewizor, samochód, czy jakąkolwiek inną zabawkę, zadłuża się, by sobie na nią pozwolić. Nie rozumiem tego. Nie stać mnie, to nie kupuję. Proste.

To jest jakiś naprawdę dziwny zwyczaj - kupić coś, ale zarobić na to potem. Rozumiem mieszkanie, wydatek na który trudno zdobyć gotówkę w kilka lat. Ale nowy iPhone, komputer, telewizor...?

Kredyt na karcie kredytowej to podobna sprawa. Wychodzę z założenia, że jeżeli nie potrafię spłacić całego zadłużenia do końca okresu bezodsetkowego, to coś jest mocno nie-tak. Przenoszenie limitu na kolejny miesiąc, spłacanie wyłącznie kwoty minimalnej, zadłużenie pod korek… Co najmniej nierozsądne, by nie powiedzieć gorzej. Jeżeli nie potrafisz spłacić całej karty w okresie bezodsetkowym, to lepiej zrezygnuj z karty.

Inaczej otwierasz sobie prostą drogę do kłopotów finansowych. A w najlepszym przypadku - do płacenia bankowi maksymalnych odsetek przewidzianych w ustawie antylichwiarskiej. Naprawdę, to nic fajnego - mieć zadłużenie oprocentowane na ponad 20% rocznie.

Kredyt hipoteczny to całkiem inna sprawa. I właściwie niekończąca się dyskusja - kupować na kredyt czy wynajmować? Co się bardziej opłaca?

Mi się akurat zdecydowanie bardziej opłaca wynajem. Mam blisko do pracy, nie muszę kupować samochodu; wszędzie, gdzie mogę, poruszam się na piechotę. Gdybym kupował “własne” mieszkanie, to na takie udogodnienia nie mógłbym sobie pozwolić.

Mógłbym teraz wziąć kredyt, ale po co? By kupić za duże mieszkanie, gdzieś z dala od centrum i wiązać się z bankiem umową na 30 lat? Nawet zostawiając nominalne koszty na marginesie, to byłby dla mnie ogromny koszt psychologiczny. Nie wiem, czy bym zasnął wieczorem wiedząc, że mam jeszcze 300 tysięcy do spłaty.

Do tego doszedłby jeszcze obowiązkowy samochód lub długie i nieprzyjemne codzienne dojazdy komunikacją miejską. Wybieram swoje spacery.

Kredyt hipoteczny nie jest dla mnie.

Ale kto wie, może po trzydziestce się ogarnę.

Nie mam obecnie żadnego kredytu. Hipotecznego, studenckiego, konsolidacyjnego, odnawialnego, konsumenckiego… nic. Nie jestem nikomu nic winien. Zamiast kredytów na mieszkanie i samochód i telewizor i telefon i komputer - mam jakieś-tam oszczędności.

Może nie jestem rentierem, ale jeśli mowa o wolności finansowej, to taki stan na pewno jest jej bliski.

Autorem ilustracji jest Rev Dan Catt.

opublikowano 29 listopada 2011

Jeśli podobał Ci się ten wpis to:




Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

10 komentarz(y):

Magdalaena pisze...

"Da się, ale to nie jest styl życia dla każdego."

Dlaczego piszesz tak jakby kredyt hipoteczny był jedyną możliwością zdobycia nieruchomości na własność? Jakby nie można jej było dostać od rodziców czy odziedziczyć po dziadkach.

Anonimowy pisze...

Ale na to czy sie odziedziczy czy dostanie mieszkanie, nie ma sie wplywu. Jak urodzisz sie nie w tej rodzinie co trzeba, to nic nie dostaniesz.

Sebastian Cezary pisze...

Nie wspominając o tym, że nie wszyscy chcą mieszkać tam gdzie ich rodzice.

Kredyt to ciężka sprawa, jest z nimi sporo zabawy, szczególnie tymi na duże kwoty, na pewno lepiej ich unikać jeśli można. Nawet tego na kredytówce.

Jednak najwięcej zależy od naszej sytuacji, rodzina, praca, dzieci, to faktycznie ma wpływ na to wszystko. Człowiek inaczej się czuje w swoim nawet podczas spłacania, niż wynajmowanym.

Unknown pisze...

@Magdalaena
Dla mnie akurat kredyt hipoteczny to jedyna opcja. Ew. samodzielne odkładanie przez kilkanaście najbliższych lat.

A osoby, które odziedziczyły mieszkanie raczej nie mają rozterek "czy można żyć bez hipoteki?", więc... ;)

@Sebastian
Gdy na kredytówce kredyt bezodsetkowy zamienia się w odsetkowy, to najlepiej szybko pomyśleć o zamknięciu karty. To w końcu najdroższy kredyt na rynku.

Zbyszek Papiński pisze...

Fajnie, że osiągnąłeś ten stan. Teraz już raczej nie dasz sobie założyć chomąta na szyję, czego Ci życzę :)

Unknown pisze...

Obym sobie nie dał. Ale to naprawdę zadziwiające jak silna potrafi być presja otoczenia - wszyscy dookoła urządzają się na "własnym", a kilkaset tysięcy długu to najnormalniejsza rzecz pod słońcem.

chrust pisze...

Wynajem mieszkania jest dobry do czasu lub wtedy kiedy trzeba być mobilnym (częsta zmiana pracy, miejscowości itp.) Ale co zrobić jeśli nie ma innego wyjścia? czyli jeśli nie mamy własnego M na starcie? Koszty wynajmu w dużych miastach są przeolbrzymie i niekiedy miesięczny koszt wynajmu jest większy niż rata kredytu. W wielu przypadkach zatem lepiej ponosić ten sam koszt (lub nawet niższy) i przynajmniej wiedzieć, że się spłaca własne M a nie nabija pieniędzy kieszeni komuś kto nam wynajmuje mieszkanie. Po 10 latach wynajmu można stwierdzić: kurcze miałbym już 1/3 lub 1/2 kredytu spłaconą a tak dalej wynajmuję i jestem w punkcie wyjścia.. Uważam oczywiście, że ceny mieszkań w dużych miastach, ceny wynajmu i koszty kredytów mieszkaniowych są zdecydowanie dużo za duże jak na nasze polskie warunki zarobkowania.. Ale co zrobić.. Ot taka moja refleksja po przeczytaniu tego artykułu...

Unknown pisze...

"Po 10 latach wynajmu można stwierdzić: kurcze miałbym już 1/3 lub 1/2 kredytu spłacone"

I tak i nie. Bo co masz po 10 latach? Spłacisz odsetki, których by nie było, gdybyś kupował mieszkanie za gotówkę. Zostaje jeszcze kapitał. Czyli jesteś w tym samym punkcie wyjścia, co ktoś, kto wynajmuje.

Jeśli w tym czasie wynajmujesz i oszczędzasz, to możesz uzbierać środki na własne mieszkanie lub solidny wkład własny*.

Mi osobiście taki właśnie plan opłaca się najbardziej - i to mimo tego, że mieszkam teraz teoretycznie w jednej z droższych części Trójmiasta.

--
* - obliczenia i opłacalność mogą być oczywiście całkiem różne w zależności od miejsca zamieszkania, wymarzonego M, stylu życia, itd. :)

Anonimowy pisze...

Czyli jestes bezstresowcem.Pozazdroscic.Wolny czlowiek.

Wojtek pisze...

Oczywiście, że da się żyć bez kredytów. Oczywiście to zależy od tego, ile człowiek "musi" mieć rzeczy i jak bardzo mu się spieszy. Ja mam 34 lata i żadnych kredytów. Mam taką prostą zasadę: jeśli mnie na coś nie stać, nie kupuję tego. Myślę, że to dobre podejście i jeszcze mnie nie zawiodło.

Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

Prześlij komentarz

Podobne wpisy