Mój zestaw oszczędnościowy

Swoje pierwsze konto bankowe założyłem jakieś 5 - 6 lat temu. Mój wybór padł wtedy na mBank - nie potrzebowałem bowiem nic, poza darmowym RORem, na który mogłoby wpływać stypendium. Przez dłuższy czas trzymałem się tego konta, całkiem bezrefleksyjnie. Zresztą nic w tym dziwnego, zważywszy na to, że przeciętny Polak w swoim życiu częściej zmieni partnera życiowego niż bank.

Dopiero jakoś od roku zacząłem świadomie przeglądać oferty różnych instytucji finansowych. Akurat wtedy, gdy mijał czas dzieci hossy, rozpocząłem poszukiwania miejsca dla swoich – wciąż skromnych – oszczędności. Efektem jest mój obecny zestaw, z którego działania jestem całkiem zadowolony.

Podstawą wciąż jest ROR z kartą debetową w mBanku. Na tym koncie trzymam zawsze jakieś drobne sumy, na wypadek gdybym akurat potrzebował gotówki (co na szczęście zdarza się rzadko i w małej skali). Cichutko, w rogu, pod zakładką „Inwestycje” czeka też na swój czas Supermarket Funduszy Inwestycyjnych. No ale jeszcze poczeka :).

Obecnie zestaw mBankowy zdecydowanie traci u mnie na znaczeniu - za każdym razem gdy bardziej zainteresuję się jakimś bardziej zaawansowanym produktem. Wszystko, co ponad ROR, okazuje się być ofertą co najmniej przeciętną (może z wyjątkiem właśnie SFI).

Oprocentowanie oszczędności, czy to na lokatach, czy na rachunkach oszczędnościowych jest tam mizerne i na dodatek z kapitalizacją miesięczną (dzienną zaczynam uznawać już za standard w ofercie nowoczesnego banku). Stąd dogodne miejsce dla moich oszczędności znalazłem na rachunkach oszczędnościowych w eurobanku. Korzystne i przyjemne w obsłudze (tak – próbowałem się z Polbankiem, tak – przekonałem się jak istotny jest przyjazny interfejs bankowości internetowej). Co więcej, do przyzwoitego oprocentowania i możliwości unikania podatku Belki dołączony jest też całkiem przyjemny efekt psychologiczny. Bo czyż nie miło patrzeć na te kilkugroszowe przyrosty każdego dnia? :)
Eurobank ma jeszcze jeden fajny feature. Środki przeznaczone na opłaty/rachunki mogą spokojnie leżeć na koncie online i czekać na swoją kolej (wyznaczoną przez ustawione zlecenie z przyszłą datą wykonania), procentując po drodze  5,05% w skali roku (warto zauważyć: ROR w eurobanku > konto oszczędnościowe w mBanku). Zawsze kilka groszy w miesiącu można sobie z tego tytułu doliczyć.
Kolejne kilka można wyciągnąć optymalizując rozłożenie środków na 15 kontach oszczędnościowych, ale to już micro-management wykraczający ponad moją cierpliwość.

Tymczasem swoją kartę kredytową przenoszę z mBanku do Alior Banku. Dłuższy (jeden z najdłuższych na rynku) grace period, podobno (jeszcze nie widziałem umowy) darmowe pakiety ubezpieczeń, przystępne limity zwalniające z opłaty za wznowienie karty, no i 1% cashbacku przy transakcjach bezgotówkowych (z wyłączeniem przelewów z karty). Przy średnich wydatkach ok. 1000 zł miesięcznie oznacza to po pierwsze dodatkowe 120 zł rocznie (mieć, a nie mieć?), a po drugie zwolnienie z opłaty rocznej. Przyjemnie.
No i jeszcze kwestia obsługi. Może i „wyższa kultura bankowości” to określenie nieco na wyrost, ale i tak jestem pozytywnie zaskoczony. Powodem jest sytuacja z wczoraj. Czekam bowiem od kilku dni na rozpatrzenie wniosku, a już doradca/sprzedawca (ten sam, z którym wypełniałem wniosek, a nie jakaś anonimowa infolinia) dzwonił i przepraszał, że tak długo to zajmuje, ale będzie się starał przyśpieszyć procedury itp. Pewnie to standardowa przyśpiewka, ale tak czy owak cieszy. Jako klient lubię być doglądany.

W mBanku ostał mi się jeszcze rachunek maklerski, ale i z niego rezygnuję. Od dłuższego czasu mam lepszy w BOŚ. Nawet nie wiem czy nie za dobry, bo oferuje tyle opcji z których nie korzystam, że aż mi wstyd. I tu znów do gry wchodzi Alior Bank – zastanawiam się nad otworzeniem tam nowego rachunku.

Co najważniejsze, cały ten zestaw nic nie kosztuje. Nie w znaczeniu, że zarabia na siebie, bo odsetki pokrywają wszystkie opłaty, tylko naprawdę nie ma w nim żadnych opłat. A pomyśleć, że za to wszystko można by spokojnie płacić 73 euro rocznie, jak nie więcej.

Podsumowując - skromnie, żadnych funduszy, akcji, czy polis. Na razie jestem na etapie budowania solidnego funduszu bezpieczeństwa, do którego to nie potrzeba mi żadnych związków z giełdą, instytucjami zarządzającymi majątkiem i innymi pośrednikami. Oczywiście nic nie jest zapisane w kamieniu i jeżeli pojawi się coś interesującego, co odpowiada moim oczekiwaniom, to nie widzę przeszkód by się taką ofertą zainteresować. Warto być otwartym.

Porównaj z: zestawem inwestora-ciułacza na APP Funds.

opublikowano 16 października 2009

Jeśli podobał Ci się ten wpis to:




Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

0 komentarz(y):

Prześlij komentarz

Podobne wpisy