Największa wtopa

Dziś chciałbym podzielić się historią swojej pierwszej i jak dotąd najpoważniejszej wpadki inwestycyjnej.
W sumie powinny wystarczyć te słowa kluczowe: leszcz, nowicjusz, kontrakty terminowe, lewar - i wszystko jasne ;).

Jakieś 3-4 lata temu stawiałem swoje pierwsze kroki na GPW. Drobne transakcje w emaklerze, bez większych sukcesów czy porażek. Nic poważnego. No ale (na swoje nieszczęście) zacząłem szukać czegoś "lepszego", co szybciej da mi upragnione zyski i co w miarę łatwo będzie opanować.

Kontrakty wydawały się właśnie takie. Lewar potęguje zyski, a sam koncept działania kontraktów jest prosty - jak rośnie i masz L-kę to jest fajnie, jak spada i masz S-kę też jest fajnie. A jak jest inaczej to tracisz. Łatwizna.

Oj, jak bardzo się wtedy myliłem. Myślenie takimi uproszczonymi schematami mogło prowadzić tylko do jednego...
Moja przygoda z kontraktami była bardzo typowa. Na początku było super, "bawiłem" się jednym kontraktem. Jednego dnia potrafiłem zarobić tyle, ile w kilka miesięcy wpływało mi na konto z tytułu stypendium studenckiego. Świetnie. Kolejne sesje przynosiły raz zyski, raz straty ale przez kilka tygodni udawało mi się pozostać na plusie. Nerwowe obserwowanie indeksu każdego dnia ostatecznie prowadziło do pozytywnego efektu.

I wtedy poczułem się zbyt pewnie.

Sprzedałem resztę akcji jakie miałem i akurat starczyło mi na depozyt na drugi kontrakt. Zacząłem zajmowanie pozycji z dwoma kontraktami - i stąd było już z górki. Indeks pojechał nie w tę stronę, którą obstawiałem, emocje wzięły górę - łudziłem się, że nastąpi odbicie,  a ono nie następowało. Zamknąłem pozycję w najgorszym momencie (czy kiedykolwiek - grając bez stop lossa - bywa inaczej?), bo oczywiście tuż potem indeks powędrował w drugą stronę. Dałem się ponieść i zostałem solidnie wyleszczony.

Koniec końców całe to przedsięwzięcie, wliczając prowizje, zamknąłem stratą ok. 2000 zł. Może nie jest to jakaś spektakularna katastrofa, ale była to strata wystarczająco bolesna (zwłaszcza w przypadku studenckiego, ówcześnie, budżetu) by wyrzucić mnie z rynku na dłużej - do dzisiaj (przypominam - minęły ok. 3 lata).

Wracając do tytułowej wtopy - nie była nią sama strata, ale ten właśnie jej efekt. Niczego mnie ona nie nauczyła, poza tym by trzymać się z dala od kontaktów i najlepiej od całej GPW (przeklinanej wtedy w myślach "szulernią"). Jak na wpłacone 2000 zł to trochę słaba lekcja. Byłem wtedy tak wściekły na siebie, że nawet nie zadałem sobie pytania o przyczyny tego co się stało. Po prostu powiedziałem sobie "koniec z tym" i tyle.

Cóż, dobrze, że przynajmniej nie postanowiłem się odegrać ;).

Teraz podchodzę do tego z większym dystansem (w końcu!) i mam nieco inną optykę. Po sparzeniu się, zamiast unikać ognia, trzeba nauczyć się nim posługiwać.
Oczywiście nadal absolutnie wykluczam powrót do kontraktów. Ale powrót na GPW nastąpi na pewno. Pierwszy etap budowania funduszu bezpieczeństwa mam za sobą, a w nadchodzącym roku zamierzam odkładać jednocześnie na sprawy mieszkaniowe (fundusz planowy), na fundusz bezpieczeństwa jakieś 100 zł miesięcznie asekuracyjnie, no i właśnie na inwestycje.

Najwyższa pora nadrobić stracony czas i zainteresować się giełdą. Na razie nie poprzez kupowanie akcji czy funduszy (choć i to może być doskonałą inspiracją do nauki), ale raczej od strony teoretycznej, czy też jakichś case study. No i oczywiście poprzez różne blogi inwestycyjne.

Sporo pracy przede mną ;).

opublikowano 14 grudnia 2009

Jeśli podobał Ci się ten wpis to:




Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

3 komentarz(y):

grapkulec pisze...

heh, jak sobie niedawno poczytałem pobieżnie o opcjach to właśnie miałem dokładnie takie same odczucia: grać na spadek jak przewidujemy spadek, grać na wzrost jak ma być wzrost. co w tym trudnego? i chwała mocom piekielnym, że nie mam kasy żeby wpaść ofiarą własnej naiwności bo teraz bym pewnie płakał na blogu, że miało być tak pięknie...

czytać o różnych rzeczach i sposobach zarabiania można a nawet należy bo im więcej czytamy tym więcej pytań nam się pojawi i tym więcej musimy znaleźć informacji żeby na nie sobie odpowiedzieć. a wiedza to właściwie jedyne bogactwo, którego nie stracimy.

inną sprawą jest wiedzieć kiedy się wie na tyle dużo, że ryzyko idiotycznej wpadki nowicjusza jest stosunkowo małe. porażki uczą, a takie finansowe bolą najbardziej i najlepiej zapadają w pamięć. problem w tym, żeby stracić 100 lub 1000 i potem umieć zarobić milion a nie żeby stracić od razu 10 tys. i wyjść z tego jeszcze głupszym niż się zaczynało.

ja póki co poprzestaje na czytaniu, ewentualnie szukam sobie po sieci gdzie konkretnie coś można kupić czy załatwiać, ale nie ma mowy żebym się chwycił czegoś bardziej skomplikowanego niż lokata.

Krzysztof pisze...

Właśnie sęk w tym, żeby umieć uczyć się z porażek. Własnych czy cudzych. Mnie cudze niestety nie nauczyły, dlatego wbrew rozsądkowi zabrałem się za te nieszczęsne kontrakty. Ale mam nadzieję, że moje doświadczenia będą dla kogoś przestrogą.

Sam padłem ofiarą złudzenia bycia lepszym niż przeciętnie, myślałem sobie, że pójdzie mi lepiej niż "przeciętnemu" inwestorowi, że dam radę wyjść na swoje. No i pomyliłem się :)

e-biznes24 pisze...

Ja kiedyś też chciałem się pobawić kontraktami. Na szczęście nigdy nie spróbowałem. Myślę, że też zaliczyłbym wtopę.

Zapraszam do dyskusji! Czytam każdy komentarz i staram się odpowiedzieć każdemu Czytelnikowi.

W dyskusji obowiązuje kultura i wzajemny szacunek. Komentarze podpisywane jedynie nazwą strony lub frazą pozycjonującą są traktowane jako spam.

Zobacz dlaczego warto skomentować ten wpis!

Prześlij komentarz

Podobne wpisy